Michael Fassbender i Marion Cotillard osuwają się w szaleństwo w mrocznym, brutalnym i niezwykle ekspresywnym filmie Justina Kurzela.
W filmie, w którym mgły jest więcej niż w filmach Carpentera, Szkocja zstąpiła do piekła i uczyniła je gorszym, a każdy aktor dostał rudą brodę z przydziału, nie ma miejsca na litość, a do wpadnięcia w szaleństwo wystarczy tylko odpowiednia dźwignia.
Ta minimalistyczna i naturalistyczna adaptacja "Makbeta" ma dużo wspólnego z ostatnim "Mad Maxem". Jest postapokaliptyczna. Brutalna. Szalona. Komiksowa. I miejscami przejmująca. Duża w tym zasługa Michaela Fassbendera i Marion Cotillard. Makbet Fassbendera od samego początku budzi niepokój, jest niestabilny, wrzą w nim emocje, ambicja pożera go od środka, ale do wydostania się - potrzebuje Lady Makbet. Od Marion Cotillard bije chłód i wyrachowanie. Które z czasem zmieniają się w przerażenie. Najbardziej - przerażenie przez męża. To, kim stał się mąż, jest w dużej mierze jest zasługą. Boi się swojego dzieła.
Czy wspomniałem już, że ekranizacja jest w większości wierna oryginałowi, choć skrócona?
Oszałamiająca wizja Kurzela dużo zawdzięcza zdjęciom Adama Arkapawa i muzyce Jeda Kurzela. Surowa Szkocja jest bohaterką na równi z Makbetem. Jej wizja - zasnutej mgłą, opustoszałej krainy - jest surrealistyczna, rodem z postapokaliptycznych filmów. Wszechobecna mgła nadaje filmowi cech horroru, w czym towarzyszy jej hipnotyzująca muzyka (oraz sceny z maszerującymi duchami-zombie). Sceny, które w wielu filmach zawierały mnóstwo patosu, tutaj są obdarte ze wszelkiej szlachetności. Otwierająca film bitwa przypomina "ustawkę" kiboli. Ostatni bój Makbeta jest jak żart z walk samurajów. Nieczysty, zwierzęcy, brutalny.
Do tego, że "Makbet" jest znakomitym filmem, znakomicie przyczyniają się też aktorzy drugoplanowi, równie dobrze pasujący do swoich ról, jak Fassbender do Makbeta. Kurzel, wbrew hasłom reklamującym film, nie dał widzom "Makbeta" w stylu "Władcy pierścieni" i "Gry o tron". Wniósł do kina teatr, wierny oryginałowi, ale na miarę XXI wieku, z oryginalnymi elementami. Świetnie zagrany i świetnie zrealizowany. I bardzo dobrze wpisujący się w panującą modę na filmy postapokaliptyczne.
Najsmutniejsze w seansie było to, że w jego trakcie wielu ludzi wyszło z kina. Okłamani przez dystrybutora oczekiwali epickich bitew? Część na pewno tak. Ale oznacza to też, że wielu ludzi dorosłych najwyraźniej nie jest przygotowanych na oryginalny i ambitny film. Być może tak długo byli karmieni superbohaterską papką, że nie są w stanie strawić filmu, w którym liczy się napięcie i dramat, a nie akcja?
W filmie, w którym mgły jest więcej niż w filmach Carpentera, Szkocja zstąpiła do piekła i uczyniła je gorszym, a każdy aktor dostał rudą brodę z przydziału, nie ma miejsca na litość, a do wpadnięcia w szaleństwo wystarczy tylko odpowiednia dźwignia.
Ta minimalistyczna i naturalistyczna adaptacja "Makbeta" ma dużo wspólnego z ostatnim "Mad Maxem". Jest postapokaliptyczna. Brutalna. Szalona. Komiksowa. I miejscami przejmująca. Duża w tym zasługa Michaela Fassbendera i Marion Cotillard. Makbet Fassbendera od samego początku budzi niepokój, jest niestabilny, wrzą w nim emocje, ambicja pożera go od środka, ale do wydostania się - potrzebuje Lady Makbet. Od Marion Cotillard bije chłód i wyrachowanie. Które z czasem zmieniają się w przerażenie. Najbardziej - przerażenie przez męża. To, kim stał się mąż, jest w dużej mierze jest zasługą. Boi się swojego dzieła.
Czy wspomniałem już, że ekranizacja jest w większości wierna oryginałowi, choć skrócona?
Oszałamiająca wizja Kurzela dużo zawdzięcza zdjęciom Adama Arkapawa i muzyce Jeda Kurzela. Surowa Szkocja jest bohaterką na równi z Makbetem. Jej wizja - zasnutej mgłą, opustoszałej krainy - jest surrealistyczna, rodem z postapokaliptycznych filmów. Wszechobecna mgła nadaje filmowi cech horroru, w czym towarzyszy jej hipnotyzująca muzyka (oraz sceny z maszerującymi duchami-zombie). Sceny, które w wielu filmach zawierały mnóstwo patosu, tutaj są obdarte ze wszelkiej szlachetności. Otwierająca film bitwa przypomina "ustawkę" kiboli. Ostatni bój Makbeta jest jak żart z walk samurajów. Nieczysty, zwierzęcy, brutalny.
Do tego, że "Makbet" jest znakomitym filmem, znakomicie przyczyniają się też aktorzy drugoplanowi, równie dobrze pasujący do swoich ról, jak Fassbender do Makbeta. Kurzel, wbrew hasłom reklamującym film, nie dał widzom "Makbeta" w stylu "Władcy pierścieni" i "Gry o tron". Wniósł do kina teatr, wierny oryginałowi, ale na miarę XXI wieku, z oryginalnymi elementami. Świetnie zagrany i świetnie zrealizowany. I bardzo dobrze wpisujący się w panującą modę na filmy postapokaliptyczne.
Najsmutniejsze w seansie było to, że w jego trakcie wielu ludzi wyszło z kina. Okłamani przez dystrybutora oczekiwali epickich bitew? Część na pewno tak. Ale oznacza to też, że wielu ludzi dorosłych najwyraźniej nie jest przygotowanych na oryginalny i ambitny film. Być może tak długo byli karmieni superbohaterską papką, że nie są w stanie strawić filmu, w którym liczy się napięcie i dramat, a nie akcja?
M.A.

